Gdzie leży problem „Jojo Rabbit”?

Data wydarzenia: 
28 marzec 2020
„Jojo Rabbit”, reż. Taika Waititi, Nowa Zelandia, Czechy, USA 2019
„Jojo Rabbit”, reż. Taika Waititi, Nowa Zelandia, Czechy, USA 2019
„Jojo Rabbit”, reż. Taika Waititi, Nowa Zelandia, Czechy, USA 2019
„Jojo Rabbit”, reż. Taika Waititi, Nowa Zelandia, Czechy, USA 2019
„Jojo Rabbit”, reż. Taika Waititi, Nowa Zelandia, Czechy, USA 2019
„Jojo Rabbit”, reż. Taika Waititi, Nowa Zelandia, Czechy, USA 2019
„Jojo Rabbit”, reż. Taika Waititi, Nowa Zelandia, Czechy, USA 2019

Jojo Rabbit opowiada historię o dziesięcioletnim chłopcu żyjącym w hitlerowskich Niemczech podczas II wojny światowej. Główny bohater, Johannes Betzler (Roman Griffin Davis), zdrobniale nazywany Jojo, jest zagorzałym zwolennikiem narodowego socjalizmu, przyklaskującym wszystkim jego głównym założeniom – antysemityzmowi czy wyższości rasy aryjskiej.

Jojo paraduje w nazistowskich mundurkach, wygłasza nacjonalistyczne hasła, ma również wymyślonego przyjaciela, który towarzyszy mu w najtrudniejszych momentach jego życia. Owym kompanem jest nie byle kto, bo sam führer III Rzeszy – Adolf Hitler (w tej roli reżyser filmu Taika Waititi). Wraz z nim Jojo oddaje się radosnemu „hajlowaniu” i rozmowom, które utwierdzają go w przekonaniu, że wyznawany przez niego światopogląd jest jak najbardziej słuszny.

Po tym wstępnym opisie można odnieść wrażenie, że film w dość wymowny sposób ukazuje problem wkraczania nazistowskiej ideologii w życie najmłodszych pokoleń w III Rzeszy. Można również wnioskować, że należy do grona produkcji wywołujących refleksje na temat zagrożenia, jakie niesie ze sobą nazizm, a sam film nie będzie łatwy i przyjemny w odbiorze.

I rzeczywiście takie głosy również pojawiły się po premierze filmu. Stwierdzano, że Jojo Rabbit świetnie balansuje pomiędzy komizmem a wywoływaniem wzruszenia, a przy tym brawurowo ośmiesza idee nazizmu. Powstają jednak pytania. Czy w tym usilnym skupieniu na ośmieszaniu nazistowskiego totalitaryzmu reżyser nie zapomina o rzeczywistych zagrożeniach, jakie ten ze sobą niesie oraz o milionach jego ofiar? Czy nie tuszuje – choćby nieumyślnie – realiów ówczesnego życia?

Oczywiście cały światopogląd Jojo jest efektem nazistowskiej indoktrynacji od najmłodszych lat. Trudno mieć pretensje do dziesięcioletniego chłopca o jego bezrefleksyjną pochwałę dla morderczej ideologii. Ponadto okazuje się, że Jojo jest wrażliwym i słodko nieporadnym chłopcem – kocha swoją mamę, a jeśli się obraża, to robi uroczo, a przy tym nie potrafi wiązać butów.

Nawet jego wymyślony przyjaciel Hitler jest tak naprawdę głosem przemyśleń samego Jojo, a że dziesięciolatkowie miewają różne dziwne, czasem śmieszne pomysły i refleksje, to też sam Hitler właśnie taki nam się przedstawia – dziwny, przerysowany i komiczny. Ponadto, wymyślony przyjaciel chłopca niejako zastępuje mu ojca. Ten bowiem został wysłany na front, a tam – jak sugeruje nam fabuła – „zaginął”. Biorąc pod uwagę tajną, antyfaszystowską działalność matki Jojo (Scarlett Johansson), możemy domyślać się, że zdezerterował, jednak nie zostaje to wyrażone dosłownie. Nie chce też w to uwierzyć sam Jojo, który chciałby być dumny z własnego ojca – tak, jak dumni są ze swoich rodziców inni chłopcy w jego wieku. W każdym razie, dziesięciolatek zewsząd słyszy – zgodnie z patriarchalnym kultem męskości – że na skutek niejawnego losu jego ojca, teraz to on jest głową rodziny i musi skupić się na tym, by dbać o swoją matkę. Nietrudno domyślić się, że jest to duża odpowiedzialność dla dziesięciolatka, dlatego też wymyślony przyjaciel jest dla niego tak ważną ostoją we wszystkich momentach zwątpienia.

I właśnie przez te zabiegi Waititiego, jako widzowie jesteśmy w stanie polubić zarówno Jojo, jak i Hitlera. Bohaterów – mówiąc delikatnie – dość kontrowersyjnych.

Ostatecznie światopogląd Jojo załamuje się. Pierwsza rysa pojawia się podczas obozu dla Hitlerjugend, kiedy chłopiec nie potrafi zabić królika, po czym inni uczestnicy obozu zaczynają wyśmiewać zarówno jego samego, jak i jego ojca. Notabene, w tej sytuacji z pocieszeniem załamanemu Jojo również przychodzi Adolf Hitler – dzięki niemu chłopiec przestaje się przejmować, co po raz kolejny przedstawia nam dyktatora w całkiem pozytywnym świetle.

Opiekunem obozu jest ciągle pijany kapitan Klenzendorf (Sam Rockwell), który został wycofany z frontu ze względu na utratę oka. Jest on homoseksualistą, choć film sugeruje nam to tylko ukradkiem, ukazując romantyczne zbliżenie Klenzendorfa z jego asystentem. Dodać można jeszcze, że do walki w obronie miasta wyrusza on w kolorowych, ekstrawaganckich ubraniach. Tak zaprezentowany homoseksualizm wydaje się być użyty tylko dla odebrania powagi i grozy nazistowskiemu żołnierzowi, co stanowi trywializację kolejnego aspektu obecnego w filmie, i jest głęboko niesprawiedliwe wobec rzeczywistej sytuacji homoseksualistów w III Rzeszy, a także po jej upadku.

Następnie Jojo odkrywa, że jego matka ukrywa w ich domu młodą Żydówkę. Początkowo – zgodnie z nazistowską ideologią – pała do niej nienawiścią. Nie wie też, co myśleć o zachowaniu matki. Z czasem, kiedy prowadzi coraz więcej rozmów z Elsą (Thomasin McKenzie), zaczyna dostrzegać, że jest taka jak inne – nie-żydowskie – nastolatki. A do tego zakochuje się w niej.

Antysemityzm Jojo, który przejawia się w rozmowach z Elsą, jest bardziej jak fantastyczna opowieść dla dzieci, w której występują diabły z rogami, czy też złe żydowskie siły dążące do panowania nad światem, na co rodzajem remedium ma być nazizm. Antysemityzm wygląda zatem na typową przypowieść, w której osnową jest walka dobra ze złem, a nie realne – wciąż obecne – zagrożenie, które pozbawiło życia miliony osób, a kiedy akurat nie zabija, jest szkodliwą projekcją uniemożliwiającą prawidłowe relacje między ludźmi.

Kolejną kwestią jest przedstawienie realiów II wojny światowej i Zagłady. Elsa, młoda Żydówka, jest zupełnie normalną nastolatką. Zupełnie nie widać po niej jakichkolwiek oznak biedy, głodu, strachu czy smutku. Miewa oczywiście momenty zwątpienia, ale nie są one większe, niż u Jojo.

Natomiast, kiedy matka Jojo zostaje powieszona za antynazistowską działalność, ten zostaje sam z Elsą. Waititi zupełnie pomija kwestie opieki nad dziesięcioletnim chłopcem, nie liczmy też na to, że dowiemy się, skąd Jojo ma środki na przeżycie oraz jak – będąc małym, nieporadnym chłopcem – zdobywa pożywienie dla dwóch osób.

Obraz wojny i Zagłady jest w Jojo Rabbit strywializowany, złagodzony i ugrzeczniony do granic możliwości. Nie widzimy masowej śmierci, okrucieństwa, nienawiści, ogromnych zniszczeń. Widzimy tylko buty powieszonej matki, złość, która po chwili mija czy jakąś dziewczynkę, gdzieś tam schowaną na strychu.

Film kończy się sceną wyjścia Elsy i Jojo na zewnątrz. Po chwili niezręcznego stania przed budynkiem, zaczynają beztrosko tańczyć. To również duże uproszczenie, które ignoruje fakt ukrywania się bądź ukrywania własnej tożsamości przez Żydów i Żydówki jeszcze po zakończeniu wojny.

Ta wojna w Jojo Rabbit jest jak mało znacząca heca, która przecież za chwilę minie, a Zagłada wygląda jedynie jak jeden z elementów nieodłącznie wpisanych w działania wojenne.

Nie można odmówić Waititiemu kilku rzeczywiście zabawnych scen oraz autorskiego sznytu, który nadał filmowi. Na plus należy zaliczyć także grę aktorską. Jednakże, Jojo Rabbit, poprzez duże stężenie groteski i absurdu oraz ciągłe wykpiwanie, traci możliwość podjęcia w ciekawy sposób refleksji nad podatnością młodzieży na nienawistną ideologię oraz nad pewną bezradnością rodziców-antyfaszystów w wychowaniu własnych dzieci w sytuacji wszechobecnej indoktrynacji. Także w porównaniu z książką Christine Leunens Niebo na uwięzi (na jej podstawie powstał film), która poważniej i z większą empatią przedstawia sytuację wojny, Jojo Rabbit wypada blado. Niestety, najnowsza produkcja Waititiego nie dokłada również wartościowego głosu do dyskusji nad reprezentacją Zagłady w filmie.

 

Kamil Cajmer

© Copyright 2014