Filmy o tematyce żydowskiej na Netflixie cz. 1

Data wydarzenia: 
8 kwiecień 2020
„Fauda”
„Fauda”
„Fauda”
„Fauda”
„Fauda”
„Fauda”
„The Real Fauda”
„The Real Fauda”
„The Real Fauda”
Oren Rosenfeld i Jane Corbin na planie „Faudy”
„Fauda”
„Fauda”
„Fauda”
„Jedni z nas”
„Jedni z nas”
„Jedni z nas”
„Standing Silent”
„Standing Silent”
„Standing Silent”
„Shtisel”
„Ostatnia operacja”
„Ostatnia operacja”
„Ostatnia operacja”
„Ostatnia operacja”
„Ostatnia operacja”
„Kryptonim Anioł”
„Kryptonim Anioł”
„Kryptonim Anioł”
„Kryptonim Anioł”
„Tajemnice Mossadu”
„Tajemnice Mossadu”
„Tajemnice Mossadu”
„Tajemnice Mossadu”
„When Heroes Fly”
„When Heroes Fly”
„When Heroes Fly”
„When Heroes Fly”

Internetowa wypożyczalnia Netflix to ponoć niebezpieczna platforma, która zniszczy rynek filmowy. W niedalekiej przyszłości nikt z nas nie wyjdzie już do kina, bo wszyscy będziemy siedzieć domach, pochłonięci binge-watchingiem seriali i wcinaniem lekkostrawnej, filmowej papki. Ale czy na pewno?

Wśród moich znajomych utarło się powiedzenie, że na Netflixie wszystkie filmy są takie same i niepodobna odróżnić jedne od drugich. Jako użytkownik buntuję się przeciw takiemu schematycznemu myśleniu (niby wymierzonemu, o zgrozo, przeciw tendencyjności). A jako fan izraelskiego kina i filmów o tematyce żydowskiej przygotowałem zestawienie, które podpowiada, dlaczego czasem warto zostać w domu i pogapić się na to, co znajdziemy na Netflixie, wcale nie takim strasznym i jednorodnym.

Rządy chaosu

Do dziś najpopularniejszą izraelską produkcją zrealizowaną dla Netflixa wciąż pozostaje serial „Fauda” (arab. chaos), który miał premierę w 2015 roku. W odróżnieniu od innych lokalnych projektów, serial zyskał też światową popularność – choćby ze względu na podjęcie tematu konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

W akcję zostajemy wciśnięci z impetem in media res, początkowo nie wiedząc za bardzo, z jakimi wydarzeniami mamy do czynienia. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że śledzimy reaktywację pojedynku superagenta Dorona z superterrorystą Taufiqiem Hammedem, ale kiedy on się tak naprawdę rozpoczął? Nie wiemy – zupełnie, jakby trwał od zawsze. Obaj są też „super” w bardzo ograniczonym stopniu, bo ich możliwości i zdolność do przewidywania działań przeciwnika mają limit. Coś, co tak śmiesznie i groteskowo zostało ukazane w komedii „Nie zadzieraj z fryzjerem” na przykładzie agenta Mosadu Zohana i jego nemezis Fantoma, w Faudzie jest podjęte zupełnie na serio i z dużą dbałością o zachowanie realizmu.

Serial stworzyli aktor Lior Raz (Doron) i dziennikarz Avi Issacharoff – przyjaciele, którzy służyli razem w izraelskiej armii w jednostce specjalnej Duvdevan. – Nie rozmawiałem o swoich przeżyciach z wojska przez dwadzieścia lat, dopóki ponownie nie spotkałem Aviego. Gadaliśmy o tym i natychmiast te rozmowy stały się dobrą opowieścią – wyjaśnia aktor.

Mówiąc „tym samym językiem, niezrozumiałym dla innych” zdecydowali się nie tylko ukazać złożoność operacji jednostek specjalnych, ale i działań Hamasu. Lior Raz chciał izraelskiej publiczności pokazać codzienność życia palestyńskich terrorystów i ich rodzin. W Faudzie są oni ukazani w złożony i bardziej kompleksowy sposób – przez co przestają być komiksowymi i niezrozumiałymi postaciami.

– Serial ma sprawiać wrażenie jak najbardziej realistycznego, ale z drugiej strony jest w nim wiele napięcia. Staramy się zachować w nim filmowe elementy – mówi Rotem Shamir, reżyser drugiego sezonu. Twórcy „Faudy” konflikt izraelsko-palestyński pokazują od strony członków antyterrorystycznych jednostek specjalnych mista’aravim, którzy działają na Zachodnim Brzegu, dokonując infiltracji lokalnej społeczności i tropiąc poszukiwanych Palestyńczyków.

Powyższe cytaty i informacje zaczerpnąłem z dokumentu Orena Rosenfelda „The Real Fauda” (jest dostępny jako VOD na Amazon Prime). Na pomysł jego realizacji wpadła współpracowniczka reżysera Jane Corbin i Mark Perkins z BBC. Twórcy dostali zgodę na kręcenie zdjęć na planie drugiego sezonu, a także ćwiczeń prawdziwej jednostki, do której działań odnosi się Fauda. Rosenfeld musiał przekonać ekipę serialu do wyrażenia zgody na uzyskanie dostępu do planu filmowego, co wiązało się z koniecznością zachowania tajemnicy na temat wydarzeń i tajemnic związanych z akcją drugiego sezonu. Dotąd nikt też nie filmował jednostki specjalnej mista’aravim – co sprawia, że The Real Fauda ma pod tym względem niemałą wartość.

– Widziałem ten serial [wcześniej] - było dla mnie interesujące ujrzeć, jako były żołnierz, a także dziennikarz i filmiec, że palestyńscy bojownicy, wróg, są nareszcie pokazani jako ludzie mający rodziny i najbliższych – co miało miejsce po raz pierwszy w przypadku izraelskiego programu telewizyjnego. I właśnie dlatego jest
on tak popularny, nie licząc jego realizmu, który bierze się z tego, że większość aktorów pochodziła z takich jednostek specjalnych i grała siebie – mówi Rosenfeld.

W „The Real Fauda”, poza ukazaniem kulis, najbardziej fascynujące są wrażenia obu stron konfliktu na temat „Faudy” – bo zarówno terroryści, jak i antyterroryści również są widzami seriali. Wypowiadają się przed kamerą Rosenfelda i przedstawiają motywacje, którymi się kierują w działaniu. Rzecz jasna – Izraelczycy doceniają realizm „Faudy. Z kolei jeden z zamaskowanych Palestyńczyków dzieli się z reżyserem innym punktem widzenia: – Widziałem ten trywialny serial, w którym Izrael pokazuje też wiele z palestyńskiej strony – nie dlatego, że kocha Palestyńczyków, ale aby ich osłabić i sterroryzować.

– Gdy dostałem telefon od Marala, naszego palestyńskiego producenta, że uzyskamy dostęp do [palestyńskich] strzelców i spotkamy się z nimi w obozie dla uchodźców, było to jak cud. Chwyciłem za kamerę i reszta potoczyła się już sama – mówi Rosenfeld. Rosenfeld i Jane Corbin mieli już za sobą filmowanie w wielu ryzykownych sytuacjach, w tym nawet i strefie wojny. A że w przypadku „The Real Fauda” było podobnie, spore doświadczenie w dziennikarstwie śledczym dla BBC okazało się dla nich bardzo pomocne: wiedzieli co i jak chcą osiągnąć i byli nieustępliwi.

– Jako izraelski reżyser i producent, który większość z tego materiału nakręcił samodzielnie w miejscach i warunkach, na które nie odważyłby się żaden Izraelczyk, czuję, że osiągnąłem osobisty sukces, z którego jestem bardzo dumny – przyznaje Rosenfeld. Po drugim sezonie wiemy, że historia Dorona jeszcze się nie zakończyła, a jedynie chwilowo uległa zawieszeniu (trochę tak, jak ma to miejsce z tym realnym konfliktem). Na ten rok zapowiedziano już premierę trzeciego sezonu.

Ocaleni z chasydyzmu

Filmem Jedni z nas duet wybitnych reżyserek Heidi Ewing i Rachel Grady kontynuuje cykl swoich „śledczych” dokumentów, w których badają one to, jak we współczesnym świecie funkcjonują religie, których wyznawcy ciążą ku fanatyzmowi. „W Obozie Jezusa” oberwało się fanatycznych chrześcijanom – teraz przyszła pora na chasydów.

Filmy dotyczące ortodoksyjnych Żydów można podzielić na dwie podstawowe kategorie. Część z nich podpada pod apologie – to w większości obrazy rodzajowo-religijne pokroju „Ha-Ushpizin” (pol. Goście) Gidiego Dara, w których świat ortodoksji jest ukazany jako ten, zapewniający prawdziwe wsparcie i podbudowujący duchowo. Reszta, zdecydowanie liczniejsza i bardziej zróżnicowana grupa to produkcje krytyczne. W nich ortodoksja jest z kolei ujęta jako źródło cierpienia wyznawców, a przy tym generująca wśród nich toksyczne relacje i mechanizmy. Wiele z takich filmów, jak „Kadosh” Amosa Gitaia czy „Jubilerka” Boaza Yakina, pokazują rabinów jako mizoginów i głosicieli szowinistycznego dyskursu, a jedyną drogą do emancypacji zniewolonych i skrzywdzonych kobiet staje się wyłącznie porzucenie społeczności, zwykle związane z bolesną utratą dzieci i wykluczeniem przez najbliższych.

Wystąpienie ze wspólnoty wiąże się dla eks-chasydów z wieloma problemami: nagle odkrywają, że w zewnętrznym świecie bardzo trudno jest się im odnaleźć, a ich wykształcenie tudzież jego brak stają się kłopotliwe przy szukaniu zatrudnienia. Szybko uświadamiają sobie też to, jak bardzo tęsknią za „solidarnością”, tym, jak ortodoksi wzajemnie się wspierają. W Jednych z nas przed kamerą Ewing i Grady występują ofiary pedofilii i przemocy domowej. Ich świadectwa poruszają, a chasydów oburzają – oto dostali obraz, który w ich odczuciu ukazuje społeczność w skrajnie pejoratywny i nieobiektywny sposób, a więc otrzymali film hollywoodzki, a nie dokumentalny, jak to ujmuje Moshe Levy1. Dlaczego zatem powstają podobne do tego dokumenty – na przykład „Standing Silent” Scotta Rosenfelta, poświęcony Philowi Jacobsowi z „Washington Jewish Post”, który ujawnia skandale pedofilskie wewnątrz wspólnoty ortodoksyjnych Żydów?

Można też powiedzieć, że ci, którzy po zobaczeniu Jednego z nas uznają dokument za nierzetelny i manipulacyjny, mogą spokojnie skierować się w stronę serialu „Shtisel” (również dostępnego na Netflixie). Ta bardzo przyzwoicie zrealizowana produkcja na pewno wiele powie nam o codziennym życiu chasydów, o osobliwości
i odmienności ich zwyczajów, co rzecz jasna, w niewielkim stopniu interesowało Ewing i Grady.

Wszyscy chcą dorwać Eichmanna

Proces sądowy Adolfa Eichmanna miał wielkie znaczenie dla rozwoju narracji o Holokauście. To właśnie wtedy Izraelczycy mogli zobaczyć po raz pierwszy świadectwa ocalonych dzięki telewizyjnym transmisjom z procesu. I to właśnie procesowi poświęcano najwięcej uwagi. Bardziej sensacyjny, acz poboczny jego element – samo ujęcie zbrodniarza w Argentynie – stało się tematem „Ostatecznej operacji”.

Nie otrzymujemy jednak ostatecznie tak kiczowatej opowieści, której moglibyśmy się obawiać po takiej zapowiedzi. Oczywiście, w imię reguł rządzących kinem fikcji, wiele faktów związanych z realnym porwaniem Eichmanna uległo redukcji bądź zostało usuniętych. To uproszczenie historii dokonane na rzecz udramatycznienia
może budzić w nas protest, ale zdecydowana większość filmów opartych na faktach podlega podobnym działaniom, a w „Ostatecznej operacji” i tak pozostała zaskakująca ilość mało oczywistych detali czy scen spowalniających akcję, a służących pogłębieniu, wyjaśnieniu zdarzeń.

Ten zdecydowanie poważny, historyczny projekt mocno odstaje na tle innych w filmografii reżysera Chrisa Weitza, którego znamy z mniej („American Pie”) i bardziej wybrednych („Był sobie chłopiec”) komedii. Mógłbym być jeszcze okrutniejszy i wyliczyć jego dorobek scenariopisarski, ale miast tego wolę oddać mu wyrazy uznania z dobrego rzemiosła.

Bez wątpienia to jednak kreacja Oscara Isaaca (również producenta filmu) jako Petera Malkina stanowi podstawę „Ostatecznej operacji”. Każdy, kto pamięta poprzedni w jego dorobku „Rok przemocy”, przyzna, że właśnie w tego typu, lekko staromodnych postaciach, przeżywających zawikłane i ciche dramaty, acz wychodzących z nich zwycięsko, Isaac odnajduje się najlepiej.

„Ostateczna operacja” – z uwagi na temat i jego wykonanie – w naturalny sposób musi być porównywana do „Monachium” Stevena Spielberga (które też zresztą jest dostępne na platformie). Odruchowo porównujemy, jak bardzo w obu filmach agenci Mossadu zostali na powrót uczłowieczeni – wbrew schematycznemu, podszytemu antysemityzmem wyobrażeniu o agencji jako organizacji wszechmocnej, czy wręcz demonicznej, które jednak było jej na rękę...

Co dziwne, film posiada też spory ładunek ironii i przewrotnego, gorzkiego humoru – może nie do końca zamierzonego przez twórców. Jego spora ilość wynika przede wszystkim z obsadzenia w roli zbrodniarza wojennego Bena Kingsleya. W „Domu z piasku i mgły zagrał on byłego pułkownika irańskiej armii, którego rodzina pada ofiarą Amerykanów, w oczach których każdy przybysz z Bliskiego Wschodu wygląda na terrorystę. Zresztą – w „Iron Man 3” Kingsley odgrywa brytyjskiego aktora udającego terrorystę Mandaryna, fikcyjną postać stworzoną dla odwrócenia uwagi mediów i tytułowego superbohatera. Można więc odnieść wrażenie, że w „Ostatecznej operacji” filmowy Eichmann jest również dość papierową figurą, zlepioną z różnych wyobrażeń o nim, a prawdziwej historii – i prawdziwych bohaterów! – nigdy tak naprawdę nie poznamy.

Na tropie tajnego agenta

„Kryptonim Anioł” to najnowszy film izraelskiego reżysera Ariela Vromena, który w Stanach Zjednoczonych w ciągu kilkunastu lat zrobił szybką i dynamiczną karierę, kręcąc produkcje gatunkowe, różnego rodzaju thrillery.

Po „Icemanie: Historii mordercy, biografii Richarda Kuklinskiego, pracującego dla mafii mordercy z New Jersey, Vromen miał już konieczne doświadczenie przy pracy nad filmami opartymi na faktach i tworzeniu fabularnych wersji postaci prowadzącej podwójne życie. A czyż może być lepszy tranzyt, niż z opowieści o mordercy do historii podwójnego agenta?

W „Kryptonimie Anioł Vromen po raz pierwszy od debiutu krótkometrażowego Klejnot Sahary sięga do historii jego ojczyzny: kulis konfliktu egipsko-izraelskiego i genezy wojny Yom Kippur. Jego szpiegowski thriller to adaptacja książki Uriego Bar-Josepha „The Angel: The Egyptian Spy Who Saved Israel” (Anioł: egipski szpieg, który ocalił Izrael) poświęconej postaci Ashrafa Marwana.

Vromen, będąc solidnym rzemieślnikiem, ale i epigonem, zrealizował „Kryptonim Anioł” na wzór innych mainstreamowych filmów opowiadających historie szpiegowskie i terrorystyczne z lat 70. Jeśli miałbym wskazać, do której poetyki mu najbliżej, to najłatwiej zrobić to na przykładzie kinowego wizerunku działającej w tej dekadzie grupy Baader-Meinhof. Jak łatwo odgadnąć, Vromen to bardziej fan sprawiającej wrażenie obiektywnej i kompleksowej, a przy tym skrzącej się energetycznymi, ciepłymi zdjęciami opowieści typu „Baader-Meinhof” Uliego Edela aniżeli ponurego, spłowiałego, artystowskiego i nihilistycznego „Baadera” Christophera Rotha.

I nie jest to wcale taki zły wybór, jeśli chodzi o postać Ashrafa Marwana, bo zamiast ciasnych ram filmu biograficznego otrzymujemy dość ciekawy, szerszy ogląd na wydarzenia. Ta koprodukcja izraelsko-amerykańska o wiele lepiej też wypada, niż filmy o Bliskim Wschodzie kręcone z zewnętrznej perspektywy, jak choćby przeceniona „Operacja Argo” Bena Afflecka.

Przesłuchać przesłuchujących

Po seansie „Ostatecznej operacji” i „Kryptonim Anioł” część z zaprezentowanych tam autentycznych wydarzeń można zweryfikować, oglądając „Tajemnice Mosadu” – dokument Dukiego Drora pokazujący je od zupełnie innej, a przy tym być może mniej zmistyfikowanej strony. A może przede wszystkim: pogłębiający ich wymiar psychologiczny.

Reżyser „przesłuchał” przed kamerą byłych członków Mosadu, w tym tak ważne postaci, jak Ram Ben-Barak, Rafi Eitan i Cevi Zamir, a te długie rozmowy uporządkował w enigmatyczną historię izraelskiej agencji wywiadowczej – wciąż jednak najlepszą, jaką moglibyśmy sobie wymarzyć. Konwencja „gadających głów” zapewne uśmierciłaby ten projekt, a widownię uśpiła, lecz Dror zaangażował do współpracy wyjątkowego operatora Roniego Katzenelsona, który postawił na bardzo subtelne i piękne zdjęcia.

Ujęcia byłych agentów w różnych planach łączą chłodna kolorystyka, niska głębia ostrości (jest bardzo „portretowo”), skupienie na detalu. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że rozmówcy interesują nas coraz bardziej jako ludzie. To przedziwne uczucie, że produkcja o tytule „Tajemnice Mosadu” okazuje się jednym z najbardziej humanistycznych dokumentów izraelskich ostatnich lat.

Dror, zadając pytania, ujawnia swoją obecność, a zarazem eksponuje to, co dokumentaliści-reportażyści by wycięli: unikanie odpowiedzi przez rozmówców, odbijanie piłeczek, rosnące napięcie między nim a byłymi agentami. Dość ostro i co jakiś czas podkreśla w ten sposób granice, wewnątrz których pozwolono mu się poruszać. Te ograniczenia paradoksalnie działają jednak na jego korzyść, a przy tym z sensacyjności przenoszą ciężar na bardziej ogólną charakterystykę działań pracowników agencji wywiadowczej. Otrzymujemy w efekcie nie tylko historię Mosadu, ale i opowieść o tym, co znaczy życie szpiega i jak prowadzi się swoich informatorów, oraz jak wysokie są koszty prowadzenia tajnych operacji, w tym cena związana ze zdrowiem psychicznym i fizycznym, poświęceniem uczuć i rodziny.

Na Netflixie dostępna jest dłuższa wersja „Tajemnic Mosadu” w formie serialowej, na którą składają się cztery odcinki, układające się w spójną całość. Format pięćdziesięciominutowych części o wiele lepiej prezentuje materiał zebrany przez Drora aniżeli festiwalowa wersja – daje nam sporo wytchnienia, czasu na pogrążenie się w tych „przesłuchaniach przesłuchujących”, – gdyż reżyser ma świadomość, że jest kontrolowany przez swoich rozmówców
i w niezauważalny sposób oceniany, i daje to dosadnie odczuć publiczności.

Znajdź Żydów w Kolumbii

Serial „When Heroes Fly” to w tym zestawieniu prawdziwie wstydliwa przyjemność. Ta bardzo luźna adaptacja powieści Amira Gutfreunda przenosi akcję z Chicago do Kolumbii, a w fabule przewijają się barwni handlarze narkotyków, charyzmatyczny przywódca dziwnej sekty i piękne, egzotyczne krajobrazy znane dobrze z Narcos.

Punkt wyjścia dla wydarzeń jest doskonały, a przy tym tak staromodny, jak to kiedyś bywało w amerykańskich filmach. Pod koniec II wojny libańskiej poznajemy grupę pozornie zupełnie niepasujących do siebie bohaterów – czwórkę chłopaków, których połączyła służba w tym samym oddziale. Różne pochodzenie i charakter postaci oddają złożoność izraelskiego społeczeństwa, a sytuacja konfliktu zbrojnego – to, jak formatywnym i zarazem jednoczącym doświadczeniem jest służba w armii. Po latach dochodzi między nimi do niemożliwego sojuszu – wyruszają do Kolumbii, gdzie natrafili na ślad uznanej za zmarłą Yaeli – siostry jednego z nich, a byłej dziewczyny drugiego. Fabuła brzmi absurdalnie i taka właśnie jest. Aczkolwiek satysfakcja z oglądania jest równie duża, jak dziury i niespójności scenariusza.

„When Heroes Fly” puentuje ten intrygujący moment w historii izraelskiego przemysłu małoobrazkowego, gdy regionalne produkty wyrobiły już sobie doskonałą markę za granicą i możemy spodziewać się coraz więcej „jakościowych” projektów z tego kraju. Ci, którzy wyczekują trzeciego sezonu Faudy, zapewne odruchowo sięgną po pierwszy sezon serialu Omriego Givona. Jego spory potencjał widać również w tym, że Keshet, jego producent, planuje już wersję na rynek amerykański.

Mógłbym zakończyć ten tekst jeszcze szybkim wymienieniem na jednym wydechu dostępnych na Netflixie filmów o Holokauście, w tym bardzo osobliwego dokumentu o pociągu Adolfa Hitlera („Stalowa bestia Hitlera”, zrobiona przez Francuzów pozbawionych smaku, choć brzmi to jak oksymoron). Mam jednak poczucie, że ich miejsce jest w zupełnie innym artykule.

Sławomir Szarafin

1 Moshe Levy, What ‘One Of Us’ Gets Wrong About My Hasidic Community, Forward, 26 października 2017, https://forward.com/scribe/386171/what-one- of-us-gets-wrong-about-my-hasidic-communi

Oryginalnie, pod tytułem „Kto jest Żydem na Netflixie”, artykuł ukazał się w „Miasteczku Poznań” 1/2019.

© Copyright 2014