Filmy o tematyce żydowskiej na Netflixie cz. 3: „Nieoszlifowane diamenty”
Nieoszlifowane diamenty, czyli niedorzeczna awantura o kamień
Nieoszlifowane diamenty w reżyserii braci Benny'ego i Josha Safdiech, które można obejrzeć na Netflixie, wywołały szeroki entuzjazm i zachwyt wśród polskiego grona krytyków i krytyczek filmowych. Zaznaczę to już na wstępie – dla mnie jest to zachwyt nie do końca zrozumiały. I z większością opiewających film recenzji zgodzić się nie mogę.
Punktem wyjścia dla filmu są wykopaliska prowadzone w Etiopii, podczas których wydobywa się opal – kamień odznaczający się szeroką paletą kolorów. Pochodzi on z kultury Felaszów, czyli etiopskich Żydów. Kamień ostatecznie staje się, dobrze znanym z historii kina, MacGuffinem – elementem, który motywuje działania postaci. W magiczne właściwości opalu wierzy chociażby gwiazda NBA, Kevin Garnett, który uważa, że kamień pozwala mu rozgrywać wybitne mecze. Jednak ów opal do USA sprowadza i chce zbić na nim fortunę, Howard Ratner (Adam Sandler) – nieuczciwy jubiler żydowskiego pochodzenia.
Główny bohater filmu obraca się w nowojorskim półświatku, w którym miesza się różnorodna społeczność żydowska i afroamerykańska. Robi szemrane interesy, nie szanuje zarówno klientów, jak i pracowników, których zatrudnia (lub współpracuje z nimi nielegalnie), a nawet i partnerów biznesowych (jeśli można użyć w tym przypadku takiego sformułowania). Do tego zdradza swoją żonę Dinah (Idina Menzel), a kochankę Julię (Julia Fox) traktuje jak przedmiot. Howard jest cwaniakiem, hipokrytą, awanturnikiem, nałogowym hazardzistą, który potrafi poświęcić wszystko – łącznie z bezpieczeństwem bliskich mu osób – dla jak największego zysku. Przejawia również łatwość w niszczeniu wszystkiego, za co akurat się zabierze, więc w życiu nie wychodzi mu prawie nic – od relacji z rodziną po interesy.
Mimo tych wszystkich wad, wraz z rozwojem filmu pojawiają się jednak momenty, w których jesteśmy w stanie współczuć głównemu bohaterowi. To niewątpliwie duża zasługa Adama Sandlera, który główną rolę odegrał naprawdę dobrze. Problem w tym, że Howard Ratner przez zdecydowaną część filmu bardziej irytuje, niż pozwala na utożsamienie się z nim.
Denerwujące warcholstwo bohatera ściśle wiąże się z dynamiką Nieoszlifowanych diamentów. Rzeczywiście jest ona mocno zauważalna i trudno nie odczuć tejże ekspresji. Jak słusznie zauważa Michał Piepiórka w recenzji dla „Czasu Kultury”, ani montaż, ani ruch kamery, ani bliskie plany nie są w stanie wytłumaczyć energiczności obrazu, bowiem nie różnią się znacząco od innych filmów sensacyjnych. Dynamika Nieoszlifowanych diamentów kreowana jest przede wszystkim poprzez natarczywe krzyki, pościgi, niezliczone i niezrozumiałe kłótnie oraz – co znamienne w zachowaniu głównego bohatera – masę wypowiadanych, niepotrzebnych słów i ciągły ruch, niemożność wysiedzenia Howarda przez dłuższą chwilę w jednym miejscu. Najbardziej wyraziste – i zarazem najbardziej nieznośne – cechy osobowości jubilera potęgują dynamikę filmu.
I właśnie to jest największy problem z Nieoszlifowanymi diamentami. Poza tzw. dzianiem się, które zostało z wielkim entuzjazmem przyjęte przez polskich krytyków i porównane do najlepszych produkcji Martina Scorsesego (notabene jest on producentem wykonawczym filmu), na dobrą sprawę Nieoszlifowane diamenty nie mają nic więcej do zaoferowania. Ponadto, owo dzianie się – główna wartość, na której oparty został film – wyzwalane jest poprzez jego najbardziej irytujące elementy. Wspomniane wszechobecne krzyki, awanturnictwo i, już nawet nie potoki, a wodospady słów. Kiedy dodamy do tego nieudolność i nieracjonalne decyzje Ratnera, otrzymujemy filmową mieszankę trudną do przełknięcia.
Poza, na swój sposób ciekawie wykreowaną dynamiką oraz, co trzeba przyznać, świetnie wpasowującą się w klimat muzyką, film nie wnosi niczego nowego. I nie byłby to poważny zarzut – wszak można tworzyć intrygujące historie opierając je na dobrze znanych schematach – gdyby nie fakt, iż fabuła filmu jest bardzo mierna. Można ją streścić w kilku stwierdzeniach: głównemu bohaterowi nic w życiu nie wychodzi, lubi dużo krzyczeć, zamawia ładny kamień, cały czas na karku siedzą mu ludzie, którym wisi pieniądze, a on zamiast je oddać próbuje pomnożyć zyski, w dodatku w idiotyczny sposób. To sprawia, że film ogląda się, wyczekując z utęsknieniem jego końca. I to jakiegokolwiek końca, który – mimo dynamiki – zostaje odwleczony do granic wytrzymałości.
Samo zakończenie także nie przynosi zaskoczenia. W świetle dotychczasowych wydarzeń odbywających się w trakcie akcji w zasadzie można się tylko zdziwić, że to, co otrzymujemy w finale, nie wydarzyło się zdecydowanie wcześniej.
Oprócz wychwalanego „dziania się” w recenzjach można również znaleźć intuicje interpretacyjne autorów, wskazujących jakoby Nieoszlifowane diamenty miałyby pełnić fukncję krytyki kapitalizmu. Oto Howard Ratner – nieuczciwy, stereotypowy wręcz Żyd-jubiler, goniący za jak największym zyskiem – staję się metaforą kapitalizmu i nierówności ekonomicznych. Kupuje przecież opal od Felaszów, i to prawdopodobnie za cenę dużo niższą niż jego wartość, próbując sprzedać go wielokrotnie drożej. Miałoby to świadczyć także o zaburzonym, nierównym przepływie kapitału. Problem polega jednak na tym, że o Felaszach film tylko wspomina, a i to przez bardzo krótką chwilę. Twórcy nie oddają im głosu, nie obdarzają podmiotowością. Felasze są tylko egzotycznym dodatkiem potrzebnym po to, by móc przedstawić wyjątkowy kamień jako coś egzotycznego, pochodzącego z odległej Amerykanom kultury Żydów etiopskich, a poprzez to również jako coś tajemniczego, czy wręcz metafizycznego.
Podobnie do głosu nie dochodzą inne ekonomicznie wykluczone grupy społeczne. Akcja toczy się pośród bogatych, uprzywilejowanych przedsiębiorców, którzy oprócz prowadzenia „zwykłych” biznesów, próbują wzbogacić się również w nielegalny sposób. Howard Ratner jest posiadaczem domu, apartamentu, samochodu, ma na utrzymaniu rodzinę, a do tego robi drogie prezenty kochance. Jednego z członków jego rodziny stać na to, by podczas licytacji opalu podbijać ofertę i – jako, że plan się nie powiódł – ostatecznie wydać na niego 190 tysięcy dolarów. Reakcją na niepożądany przebieg manipulacji jest jednak tylko lekki gniew bogacza.
Również czarnoskórzy mężczyźni w Nieoszlifowanych diamentach nie należą do najuboższych warstw społeczeństwa. To gwiazdy koszykówki lub muzyki, bądź nielegalni sprzedawcy różnych towarów, którzy i imprezują, i chodzą w markowych ubraniach, i obwieszają się drogą biżuterią. Nieoszlifowane diamenty to także przede wszystkim świat mężczyzn. Złożonych postaci kobiet praktycznie tutaj nie ma. O żonie Ratnera wiemy tyle, że go nienawidzi. Tylko kochance jubilera nadano większą sprawczoś względem przebiegu wydarzeń – choć trudno nie zauważyć, że nadal pozostaje w gruncie rzeczy wyłącznie narzędziem w ręku Ratnera i służy mu do zaspokojenia potrzeb seksualnych i wzbogacania się. Co ciekawe, to jednak Julia ma większy talent i intuicję do robienia interesów. Ratner chce mimo wszystko pozostawać głównym „strategiem biznesowym” w ich związku.
Można być zaniepokojonym, jeśli właśnie tak mają wyglądać produkcje poddające refleksji kapitalizm. Trudno bowiem mówić o jego krytyce w obrazie, który nie dopuszcza do głosu najbardziej w tym systemie uciśnionych ekonomicznie reprezentantów społeczeństwa.
W efekcie otrzymujemy, przedstawiony z perspektywy amerykańskiej wyższej klasy średniej, nikle zniuansowany obraz świata. W filmie, którego twórcy mogą aspirować do co najwyżej przeciągniętego (i przegadanego!) oraz dość naiwnego moralizatorstwa, które przestrzega przed jednostkową, bezmyślną i zgubną pogonią za zyskiem.
Kamil Cajmer












