Nocą

Fradl Sztok

NOCĄ

Zaglądał do winiarni. Ktoś otworzył drzwi i dał się słyszeć wesoły
gwar zmieszany ze skocznymi dźwiękami cymbałów – w takim razie
wolno wejść, goście już są.
Wobec tego wszedł.
Kopel był kawalerem, miał czterdzieści lat, lecz wyglądał na starszego
o dziesięć. Chociaż pracował i nieźle zarabiał, toczył go jakiś niepokój,
a na twarzy malowała się niepewność. Odnosiło się wrażenie, że na coś
czeka. Brwi były zawsze lekko uniesione, jakby w przestrachu, spoglądał
nerwowo.
Wiele osób mówiło, że to dlatego, że nie może sobie znaleźć żony.
Inni powiadali, że to kłamstwo, wymysły, po prostu żadna go nie chce.
Swatanie nie powiodło się trzykrotnie, powtarzano więc sobie szeptem,
że to sprawa dla lekarzy, zapewne chodzi o jakiś feler.
Ale tak było tylko za dnia. Gdy nadchodził wieczór, przestraszone
brwi się rozprostowywały, oczy rozszerzały, stawały się większe i spoglądały
pewniej. Kopel był człowiekiem sową, w ciągu dnia wyglądał jak
zalękniona sierotka, za którą pędzi jasny poranek, ale noc obejmowała
go i okrywała aż do świtu – jak matka.
Dlatego późno wstawał. Za dnia chodził zaspany, zmęczony, a nocą
czujny, ożywiony.
Fradl Sztok
NOCĄ
13
Bardzo lubił zabawy, właśnie dlatego, że najczęściej odbywają się nocą.
W dniu, w którym oczekiwał uroczystości, stawał się innym człowiekiem.
Gdy nadchodziło wesele znajomych, dowiadywał się, czy odbędzie się
w sali i czy będzie prajwet. Jeśli prajwet, był niezadowolony. Człowiek
nie zdąży się nawet obrócić. Pospiesznie rozstawiają chupę, a jak już stoi,
to „gudbaj, Czarli”. Trzeba łyknąć kolację weselną, a potem wszystko
odbywa się raz, dwa, trzy. Takie wesele trwa najdłużej do pierwszej.
Ślub w synagodze uważa za przestarzały. Stara się wtedy za wszelką
cenę przekonać kuma:
– Może pan sobie mówić, co pan chce, ja tego nie rozumiem… Żeni
się pierwsze dziecko… i urządza się takie nie wiadomo co, coś przestarzałego,
jak u nędzarzy.
Na ogół pan domu nie dawał się przekonać, bo zwyczajnie nie od
niego to zależało, więc tłumaczył Koplowi:
– Przecież pan wie, że to jest Ameryka, dzieci same sobie organizują
wesele, same sobie dają posag, przecież pan wie, w domu było inaczej…
Ojciec miał coś do powiedzenia, ale tutaj…
Kopel spoglądał z pogardą na takiego słomianego teścia i myślał: „Biedaczysko,
też chciałby sobie potańczyć, zabawić się… Ale po pierwsze,
nikt go nie pyta o zdanie, a po drugie – kiepsko tańczy, co to z nim za
zabawa… Mniejsza niż w dniu pejde, wypłaty”.
Dziś jest jeszcze inaczej: Bencie klouks manufakczerer urządza wesele.
Jego krajan… Pamięta nawet Benciego z czasów, kiedy nosił buty
na ramieniu, a dziś Bencie to jest Bencie, i dostaje mu się niezły zięć,
notary public… Ona jest już starą panną, nieco przechodzoną, jednak
nadrabia tysiącami ojca. Narzeczony to Amerykanin, dopiero wypracowuje
miliony. Wydają więc supper w winiarni, do której właśnie zagląda.
Pierwsze, co zrobił Kopel, gdy wszedł, to kupił kwiat od boya roznoszącego
kwiaty na sprzedaż. Wbił się w marynarkę i chciał podejść do
narzeczonych, żeby złożyć życzenia, ale siedzieli gdzieś na górze, więc
się już nie pofatygował, zdobył się, żeby podejść, jedynie skinął głową
w ich stronę, i zaczął krążyć.
Kopel nie lubił siedzieć w miejscu, wolał się kręcić, to przyjemniejsze
od siedzenia i jedzenia, i chciał czuć, że jest na zabawie. Zawsze był
najlepszym i najbardziej pomocnym gościem na weselu.
Przechadzał się ogolony, wyświeżony, z odprężonym uśmiechem jak
u człowieka, który spoczywa w ciepłej kąpieli i jest mu bardzo dobrze.
Teraz można wszystko na nim wymóc. Jeśli ktoś się krzywił, zaraz pojawiał
14
się obok i go rozweselał. Patrzył, jaką kto ma minę i połykał przyjemność
tak, jakby się obawiał, że się raptem wyczerpie.
Nagle odezwał się Zejdel:
– Drogie dziatki, wiecie, która godzina? Jest już druga.
Zejdel – nikt nie wie, jak bardzo go nie cierpi. Co tu dużo gadać, człowiek
ze spasioną twarzą, który codziennie kładzie się spać o dziesiątej,
dokładnie o dziesiątej. Patrzcie no, jaką ma gębę.
Kilka osób podniosło się do wyjścia, a Koplowi zrobiło się niemiło.
Gdyby mógł, wbiłby temu Zejdlowi nóż. Paskudny typek. Zawsze zerka
na zegar i gdzie tylko jest zabawa, tam wyrasta spod ziemi. Patrzcie go, jak
się trzęsie, spieszy się do łóżka. Boi się, że jego pyzata twarz się zniszczy.
Odezwał się więc gniewnie do Zejdla:
– Kto chce iść, niech sobie idzie, nikogo nie trzymają tu siłą.
Zejdel rzeczywiście wstał, zaczął się ubierać i ciągnąć innych do
domu, i rzekł:
– Jankiel, chodź do domu, już druga godzina.
Kopla ruszyło: „Trudno, chcesz iść sam, to połam ręce i nogi, ale nie
ciągnij ze sobą nikogo”. Popatrz, już wstaje Hirszkowicz ze swoją babą,
a tam już podnosi się Dawid. Wychodzi tylko trzech nieznajomych gości.
Kopel stanął przy drzwiach, rozłożył ręce i nie wypuszczał ludzi:
– Nie pozwalam nikomu wyjść. Nie uczestniczyć w takiej uroczystości…
Bencie urządza wesele pierwsza klasa i nie muszę nikomu przypominać,
że Bencie jest dla nas wszystkich najlepszym przyjacielem, jest
to szacowny member naszego związku, który zasłużył, żeby bawiono się
na jego uroczystości.
Bencie, sam już śmiertelnie śpiący, dziękował Bogu, że ludzie zaczynają
się rozchodzić, więc rzucił zmęczone spojrzenie w stronę Kopla i rzekł:
– O co chodzi, przecież im mówię…
Parę osób się zatrzymało, a inni rwali się do wyjścia. Zejdel podgrzewał
atmosferę:
– Moi drodzy, jest kwadrans po drugiej. Słyszycie? Kwadrans po
drugiej.
Kopel czuł się tak, jak gdyby mu ktoś kroił serce nożem, a zarazem
jak ktoś, komu chcą zabrać resztkę dobytku. Bronił się więc i z rozłożonymi
rękami stał przy drzwiach. Błagalne, przestraszone spojrzenie
zmusiło niektórych gości, by wrócili na swoje miejsca, a cymbalista
musiał znowu grać.
Kopel starał się jak mógł – sobie odbierał, a dawał innym.
Opróżnił kieszenie, zrobił collection, zapłacił muzykantom, żeby
jeszcze zostali, postawił wino, a jednocześnie musiał stać na straży i pilnować
humorów gości, i czy aby nie zaczynają wychodzić…
15
Zejdel pił więc wino Kopla i za każdym razem dźgał go niczym
włócznią:
– Kochani, jest wpół do trzeciej… Kochani, jest trzecia… Dzieciaki,
jest wpół do czwartej.
Ale Kopel opowiadał dowcipy, bajeczki, których wiele w życiu wysłuchał.
A gdy się wyczerpały, zaczął im przypominać stare żarciki opowiadane
przez jego babkę. Nicował dowcip, łatał, tu odjął, tam dodał.
Naprawdę trzymał ludzi na wodzy, kontrolował każdy ich ruch, każdą
minę, a jeśli ktoś się odezwał choćby słowem, które mogło przywieść na
myśl powrót do domu – tłumił je, przysłaniał, zatapiał.
Goście patrzyli prosto na jego usta. A że potrafił rozweselić ludzi,
jeszcze raz dali się wciągnąć do koła, zapomnieli się i bawili.
Raptem odezwał się Zejdel, już pijany w sztok:
– Dzieciaki, wiecie, jak jest późno? No… raaaat…
Ostatnie słowo wypowiedział z pijackim śmiechem.
Wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę.
– Piąta godzina… hi… hi, już dnieje – pokazał na okno.
Wówczas goście naraz wstali i zaczęli się przepychać do drzwi.
Kopel stał zdezorientowany i spoglądał podpuchniętymi oczami na
Zejdla i na zabawę, która uciekała wraz z nocą. Spojrzał w okno – tak, już
dnieje. Rozejrzał się. Na stolikach stały puste talerze, kieliszki, butelki.
Gospodarz podszedł i wyłączył gaz. Kopel stał w ciemnościach i patrzył,
jak wczesny dzień wpada przez okna.
Założył palto, postawił kołnierz i chociaż na dworze była już letnia
pogoda, wyszedł na zewnątrz, drżąc.
Obejrzał się. Młody dzień otulał jego duszę jak obłok. Jakby ktoś
chciał go połknąć. Oglądał się, w którą stronę ma uciekać, wyjść na
jeszcze nabrzmiałą ciemnością ulicę. I pod uniesionymi, przestraszonymi
brwiami jak u sieroty oderwanej od fartucha matki podążył za nocą.


Tłumaczenie z jidysz: Bella Szwarcman-Czarnota

© Copyright 2014