Uwikłany w historię
Trudno, bardzo trudno sprostać już dziś pisaniu
o spotkaniach i rozmowach ze Stanisławem Wygodzkim.
Może za wcześnie, bo wciąż jeszcze za bardzo boli, że
więcej takich spotkań i rozmów nie będzie. A może każdy
dzień dystansu od prostych, przyjacielskich emocji zwiększy
pokusę nałożenia na nie historycznego filtru ze stratą dla
autentyzmu, odnajdywania w nich wspólnego losu, którego
zapis wziął na swoje barki jak nikt inny?
Pierwsza i ostatnia rozmowa
Pierwsza trwała długo. Ale była krótsza oszczędnością słów. Zwięzłe
z obu stron, bezopisowe „przewodniki” po lagrach, z niemiecka przez
„l”. (O łagrach z rosyjska, przez „ł” – w późniejszych licznych rozmowach
i w nich już szczegółowe opisy zrazu korygowały, potem obłupywały
z racji wcześniejszą wiarę i nadzieję). W rejestrze przebytych lagrów
wspólny nam był tylko Oświęcim na podmokłych i zakomarzonych
polach między Sołą a Wisłą.
W pierwszej rozmowie dziennikarza zdobywającego dopiero doświadczenie,
haeftlinga numer A-27348, onieśmielonego spotkaniem ze
znanym już poetą, haeftlingiem z numerem 152434, więcej niż słów było
milczenia. W alei Szucha, tuż przy placu Unii Lubelskiej (w budynku
należącym wtedy, chyba, do Ministerstwa Kultury) kilka schodków przed
bramą wejściową prowadziło do pierwszego warszawskiego mieszkania
Wygodzkiego. Na lewo od wejścia niewielki mroczny pokój na parterze.
Był rok 1947. Kilka tygodni wcześniej, a może już miesięcy, wrócił
z żoną Ireną do Polski. Miał za sobą leczenie pięcioobozowej gruźlicy
w szpitalu w Gautingu, niedaleko Monachium. Ale wciąż jeszcze kaszlem
na wydechu wypluwał chorobę. „A ty byłaś u lekarza, sprawdzałaś
płuca? – dopytywał się. – „Masz niedobry kolor skóry”.
Rok później, wracając z Instytutu Gruźlicy, pierwsze kroki skierowałam
do Wygodzkich. „To ma już swoją nazwę”, powiedziałam już w progu. „Lekarz, patrząc na rentgen, powiedział do pielęgniarki: »Tak, to jest obozowe płuco«”.
Staś bez jednego nawet słowa, z zatroskaniem pogłaskał mnie po ręce.
Pamiętam dokładnie ten słoneczny dzień. Kiedy spłakana szłam Nowym Światem,
jakaś starsza kobieta, mijając mnie, powiedziała: „Płaczesz po prymasie”. Nie wiedziałam,
że radio podało kilka godzin wcześniej wiadomość o śmierci kardynała Hlonda.
(...)
